Yngwie Malmsteen - Spellbound

Yngwie Malmsteen - Spellbound

Wydawca: Rising Force Records / Universal Music Japan
Rok wydania: 2012

  1. Spellbound (Instrumental)
  2. High Compression Fugue (Instrumental)
  3. Repent
  4. Let Sleeping Dogs Lie
  5. Majestic 12 Suite 1,2 & 3 (Instrumental)
  6. Electric Duet (Instrumental)
  7. Nasca Lines (Instrumental)
  8. Poisoned Minds
  9. God Of War (Instrumental)
  10. Iron Blues (Instrumental)
  11. Turbo Amadeus (Instrumental)
  12. From A Thousand Cuts (Instrumental)
  13. Requiem For The Lost Souls (Instrumental)

Skład: Yngwie Malmsteen - śpiew, gitary, gitara akustyczna, gitara basowa, perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Yngwie Malmsteen

Spellbound to pierwsza w 100% solowa płyta Malmsteena. Yngwie zagrał tu na wszystkich instrumentach i niestety również zdecydował się na krążku zaśpiewać. Fakt, Malmsteen śpiewa w raptem trzech utworach (pozostałe są instrumentalne), ale niesmak pozostaje, zwłaszcza że i inne czynniki składowe wydawnictwa kuleją, wliczając produkcję.

Nie wiem, w jakich okolicznościach doszło do odejścia Rippera Owensa z ekipy Malmsteena. Może nie był to jakiś szczególnie wybitny wokalista, może nie był idealny do tego typu muzyki (Boals, Edman czy Vescera nadawali się o wiele lepiej), ale jego głos jakoś pasował i to wystarczyło. Tym bardziej nie wiem, czemu ten szwedzki muzyk i wymiatacz zdecydował się na rezygnację z pozostałych muzyków. Zrobienie wszystkiego samemu jest przecież wykonalne, ale czy efekt końcowy będzie zadowalający? Czy samodzielne nagranie krążka to może efekt oszczędności pieniędzy, czasu, czegokolwiek? Nie gdybajmy, zabierzmy się za ocenę samej muzyki. Na pierwszy ogień idzie tytułowe Spellbound. Kompozycja instrumentalna, szybka, rozpędzona, z power metalowymi podkładami i rozpoznawalnymi popisami Malmsteena na pierwszym planie. Razi produkcja sekcji rytmicznej, zwłaszcza zaś perkusji. W ogóle razi produkcja, wszystko poza gitarą brzmi, jak jakieś nagrania demo. Sam utwór jest niczego sobie, kto zna wcześniejsze dokonania Yngwiego, zaskoczony nie będzie. Jeśli przymknąć oko na produkcję, High Compression Fugue jest kompozycja wspaniałą. Lepiej słychać bas i gitary rytmiczne, a stylistycznie do głowy przychodzą pewne porównania z czasami albumów Fire & Ice czy Magnum Opus (bardzo lubię te płyty, więc z tej okazji mogę dodać jeszcze kilka "och" i "ach"). Repent stylem zapędza się do epoki Facing The Animal / Alchemy i złego słowa bym o nim nie powiedział, gdyby nie to, że za mikrofonem słyszę tu Yngwiego. Akceptowałem jakoś jego głos w coverach Hendriksa, bo była to ciekawa odmiana, ale czy powinien on śpiewać jako główny wokalista? Moim zdaniem, nie bardzo. W Let Sleeping Dogs Lie gitarzysta gra bardziej bluesowo - co do jego wersji bluesa słyszałem wprawdzie nieco krytyki, ale mnie akurat te jego bluesówki zawsze się podobały. Ten numer jest rozbujany i też trafia w mój gust. Nawet fakt, że znów śpiewa Yngwie, jakoś mnie nie razi, do tego akurat kawałka jego głos pasuje. Majestic 12 Suite 1,2 & 3 rozpoczyna się od partii skrzypiec zapodanych z jakiegoś sekwencera czy komputerowych midików, na czym brzmienie sporo traci, przy czym same melodie są OK. Dalej muzyk raczy nas swoimi sztandarowymi popisami, czyli szybkimi przebiegami po gryfie i wcale nie wolniejszymi arpeggiami. Słyszałem ich już tyle, że wrażenia na mnie nie robią, za to podoba mi się partia gitary akustycznej w drugiej połowie nagrania. W Electric Duet słychać, że grają dwie gitary - prawdopodobnie Yngwie nagrał sobie najpierw jedną partię, a potem do niej dograł drugą. Niczego skomplikowanego tu nie ma, jestem prawie pewien, że całość to po prostu podwójna improwizacja do konkretnej skali molowej. Dużo lepsze, dużo dużo lepsze jest kolejne Nasca Lines. Ciekawie budowany klimat tajemniczości, dobry wstęp na akustykach, uderzenie w dzwon, a potem przejście do bardziej tradycyjnego grania. Do takich kawałków Malmsteena zawsze miałem słabość. Poisoned Minds to powrót do tego, co Yngwie prezentował w czasach Marching Out. Kompozycja raczej przeciętna jak na jego możliwości, poza tym przydałby się lepszy wokalista. God Of War - znów coś pod mój gust, chociaż zbyt dużo tu podobieństw do Nasca Lines, które przecież skończyło się raptem kilka minut wcześniej. Znów bluesowo, jak można się spodziewać, w Iron Blues. Spora część tej ścieżki została na poczekaniu wyimprowizowana, dla naszego bohatera to żadna trudność. Słowem, jakiejś szczególnej treści nie należy się tutaj spodziewać, mamy za to sporą porcję feelingu. W Turbo Amadeus dostajemy kolejną porcję neoklasyki, raczej luźno powiązaną z twórczością tytułowego Amadeusza (przy okazji przypomniałem sobie, że w którymś z wywiadów Malmsteen wspominał, że Mozarta nie bardzo sobie ceni i uważa go za takiego muzyka pop swoich czasów). From A Thousand Cuts rozpoczyna się od szybkiego popisu Yngwiego "a capella", dopiero potem wchodzi reszta instrumentarium. Znów nic nowego, ot kawałek, jakich Yngwie miał już w swoim repertuarze chyba setki. Płytę zamyka również instrumentalne Requiem For The Lost Souls. Tutaj podoba mi się połączenie głównej linii gitary z tym, co się dzieje w podkładach. Ileż to można wycisnąć różnych melodii z tych samych skal, to tylko chyba sam Malmsteen raczy wiedzieć.

Jak się jest fanem Yngwie Malmsteena, to nie trudno się domyślić, co znajdzie się na jego kolejnym krążku. Oczywiście będzie to bezkompromisowa porcja neoklasycznego grania i to głównie w formie popisów naszego wirtuoza. Tak jest i tutaj. Fanom album się spodoba, choć wszyscy niemal jednogłośnie narzekają na "domową" produkcję wydawnictwa oraz na to, że mało udolnie śpiewa tu sam Yngwie... Ale, hej, przecież większość kompozycji tutaj to instrumentale!

Oficjalna strona wykonawcy: www.yngwiemalmsteen.com