Bombay Black - Walk Of Shame

Bombay Black - Walk Of Shame

Wydawca: Triage Music Firm
Rok wydania: 2014

  1. Hell No
  2. By the Rainbow's End
  3. House Of Light
  4. Cloud Of Dreams
  5. Save It
  6. Never Trust A Woman
  7. Obvious
  8. The Hand That Feeds You
  9. Hit The Road
  10. There's A Knowing
  11. Count's 77

Skład: Erik Johnson - śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe; Justin Velte - gitara prowadząca, chórki; Ty Sims - gitara basowa, chórki, Barry Whaley - perkusja, chórki

Produkcja: Erik Johnson i Ty Sims

Czas leci szybko i trudno czasem zauważyć, że niektórym grupom wraz z kolejnymi latami namnożyło się albumów. Przykład? Bombay Black i ich szósta już płyta studyjna zatytułowana przewrotnie Walk Of Shame.

Formacja z Little Rock zmienila wprawdzie perkusistę, ale konsekwentnie robi swoje, czyli gra hard rocka, a jej twórczość często porównywana jest z AdrianGale, Mötley Crüe, Hardcore Superstar, L.A. Guns i Crashdïet. Warto zauważyć, że nagrywa coraz lepsze krążki. O ile po starsze wydawnictwa Bombay Black niezbyt chętnie sięgałem, to od czasu Love You To Death jest już na czym zawiesić uszy. Idące na start Bye Bye Juliet od razu budzi podziw choćby ze względu na klarowną produkcję, fajne riffy, kapitalny party rockowy refren i profesjonalnie zagraną solówkę. Jedyny zgrzyt to sposób, w jaki wokalista wyśpiewuje zwrotki, ale można na to przymknąć oko. Sex & Gasoline to ciężki, ostry riff u bazy (chyba coś podobnego słyszałem niedawno u Diamond Lane), a potem... dokładnie odwrotnie niż wcześniej, czyli dość dobre zwrotki i kompletnie spaprane refreny. Na osłodę przychodzi rewelacyjna solówka. Kolejne w zestawie America’s Sweetheart wędruje w zupełnie inne rejony i w sumie dobrze, odmiana zawsze się przyda. Już od wstępu słychać, że zespół kombinuje, by nie produkować sztampy. Może światowego przeboju z tego zrobić się nie da, lecz z pewnością chłopaki nie mają się czego wstydzić. Prawdziwą niespodzianką jest Come Over Here. Z jednej strony ciężki riff zwiastowałby coś na kształt Black Label Society, jednak dalej robi się bardzo wesoło i melodyjnie, no i nie brakuje hair metalowych chórków. Najbardziej na uwagę zasłużył sobie tym razem basista, bo to partie jego instrumentu zdominowały utwór. Dressed To The Nines zraziło mnie do siebie zbyt nowoczesnymi wokalami i niestety sztampowymi zagrywkami. Będzie "skipowane". Kolejne Living On Mars to taka pół ballada, momentami nawet zdradzająca zapędy pod Def Leppard. Generalnie jest to kompozycja udana, choć linie wokalne zdecydowanie mogłyby być lepsze. Bardzo ciekawym nagraniem jest Haunting L.A. Użyto tu kilku ciekawych patentów, jak choćby ten ze wstępu (klawiszowe intro, plus skrzyp strun i wreszcie organy), a już kulminacją wszystkiego są okolice gitarowej solówki. Justin Velte to naprawdę niezły wymiatacz. Superstardumb zaczyna się od banalnych "kosmicznych" dźwięków (kiedyś był taki program dla dzieci, Pi i Sigma z Matplanety, czy jakoś tak i z tym mi się to kojarzy), za to dalej jest naprawdę niezły numer. Wreszcie linie wokalne brzmią tak, jak brzmieć powinny na porządnym, hard rockowym wydawnictwie. Everything You Wanted nasycone jest rock'n'rollem o dużym stężeniu. Fajny kawałek, jak ktoś planuje wyruszyć na parkiet. Zmarnowany potencjał mamy w Pretty People. Wstęp mógłby zwiastować dobrego party rocka, niestety dalsza część nie trzyma jego poziomu i najbardziej znów nawalają wokale. Z odsieczą przychodzi gitarzysta prowadzący z zawodowym solo. Co spieprzył poprzedni kawałek, naprawia z nawiązką I May As Well. Bardzo fajny party rockowy numer i myślę, że panowie z Poison powinni zacząć się bać... a może już nawet i na to za późno? Przy finiszu zgrabna ballada radośnie zatytułowana Sucker. Czyżby i dla Steel Panther wyrosła konkurencja? Parę fajnych ballad już mieliśmy tego roku, teraz mamy jedną więcej. Płytę zamyka Sunshine z charakterystycznym rytmem opartym na szesnastkach. Jedni stwierdzą, że to rock'n'roll, dla innych może to być punk, w każdym bądź razie jest melodyjnie i potupać do tego nogą można.

Album ogólnie bardzo dobry, jednak do wielu rzeczy można się przyczepić. Plusy to dobra robota basisty, świetne solówki, sporo kombinowania i diabelsko dobra produkcja samego krążka. Wśród minusów partie wokalne często nieadekwatne do utworów i niektóre riffy jakby tworzone na siłę. Werdykt: po krążek warto sięgnąć, ale trzeba być świadomym, że Bombay Black to bardzo specyficzna kapela.

Oficjalna strona zespołu: www.bombayblackmusic.com