Impera - Empire Of Sin

Impera - Empire Of Sin

Wydawca: Escape Music
Rok wydania: 2015

  1. The Beast Is Dead
  2. Evil (Become A Believer)
  3. Don't Stop
  4. Hole In The Sky
  5. End Of The World
  6. Thunder In Your Heart
  7. Lights In The Sky
  8. Darling
  9. Lost Boy
  10. Fly Away
  11. Never Enough [bonus w edycji cyfrowej]

Skład: J.K. Impera - perkusja i instrumenty perkusyjne; Tommy Denander - gitary; Matti Alfonzetti - śpiew; Mats Vassfjord - gitara basowa
Gościnnie: John Levén - gitara prowadząca w [6]

Produkcja: Johan Kihlberg i Lars Chriss

Szwedzka formacja Impera to supergrupa powołana do życia przez perkusistę J.K. Imperę, specjalizująca się w hard rocku, który ciąży z lekka ku heavy metalowi. Empire Of Sin to już trzecia pozycja w jej dorobku. Gdybym miał szukać jakichś podobieństw stylistycznych, wskazałbym na coś pomiędzy Love.Might.Kill, Coldspellem a nowszym wcieleniem Jaded Heart i tym podobnymi wykonawcami, choć tu i ówdzie, a nawet dość często nadarzą się niespodzianki z zupełnie innej bajki.

J.K Impera (właśc. Johan Kihlberg), to doświadczony bębniarz, który łomotał w towarzystwie kilku członków KISS (konkretnie u Vinniego Vincenta i Bruce'a Kulicka), Grahama Bonneta czy Johna Corabiego. Mimo że w początkach istnienia formacji za mikrofonem stał właśnie Corabi, wszystkie trzy dotychczasowe krążki zostały zarejestrowane w ustabilizowanym składzie. Poza Imperą tworzą go wokalista Matti Alfonzetti (Alfonzetti, Bam Bam Boys, Road To Ruin, Skintrade, Red White & Blues, Scott Gorham, Jagged Edge), utalentowany gitarzysta Tommy Denander (Michael Jackson, Alice Cooper, Paul Stanley, Joe Lynn Turner) i basista Mats Vassfjord (Scaar, Grand Design, Laney’s Legion). Pierwszy krążek Legacy Of Life z 2012 r. umknął jakoś mojej uwadze w nawale innych wydawnictw, z kolei drugi album zespołu, wydany rok później Pieces Of Eden, był dziełem dobrym i poprawnym, ale na tym koniec. Za to recenzowane tu Empire Of Sin wpadło mi w ucho od pierwszego przesłuchania. Zestaw nagrań to komplet 11 naprawdę konkretnych kawałków. Uwagę przykuwa już otwieracz w postaci The Beast Is Dead. Potężna, rytmiczna perkusja, dobrze brzmiące gitary i klarownie zarejestrowane partie wokalne, to główne atuty tego numeru. Gdyby tak jeszcze brzmienie było bardziej analogowe, to już w ogóle byłaby petarda, ale nie czepiajmy się już takich szczegółów. Wyczuwam tu trochę Coldspella, może to przez melodykę partii śpiewanych... Evil (Become A Believer) ma w sobie coś z Accept połączonego ze wspomnianym Love.Might.Kill. Alfonzetti momentami brzmi natomiast, jakby śpiewał tu ś.p. Jani Lane. Dzieła dopełnia solówka Denandera, prawdopodobnie w dużej części zaimprowizowana. Od razu spodobał mi się kawałek zatytułowany Don't Stop. Ma w sobie coś, co na myśl przywołuje mi kompozycje Lionsheart czy Wicked Sensation, ale też niektóre ścieżki rejestrowane przez Doogiego White'a, głównie w Rainbow. Jest ostro, melodyjnie i w nieco podbitym tempie. Noga sama rwie się do tupania w posadzkę. Hole In The Sky to też prawdziwa bomba, Najpierw tajemnicze, wschodnie klimaty, a potem ciężki, nawiązujący do klasyki hard rock. Wokalnie znów jakieś ukłony w stronę Coldspella, no i fajna solóweczka na deser... Z kolei End Of The World to taka pół ballada zagrana na lekko przesterowanych gitarach. Fajnie brzmią tutaj wokale - coś jakby pomiędzy Ronnie Jamesem Dio a Carstenem Lizardem Schulzem. Jak ktoś lubi takie klimaty, to od razu wyczuje właściwy nastrój. Do łagodniejszych i zarazem najbardziej melodyjnych kompozycji z zestawu należy Thunder In Your Heart, w której gościnnie na gitarze zagrał John Levén z Europe (wymieniony również jako współkompozytor). To już zdecydowanie ścieżka kierowana ku fanom melodyjnego hard rocka i może spodobać się nawet sympatykom starego Bon Jovi. Słychać, że muzycy bez najmniejszych problemów potrafią balansować pomiędzy różnymi podgatunkami rockowej muzy. Początek Lights In The Sky wędruje gdzieś w klimaty muzyki filmowej z lat '80, taki lekki hard rock mocno skręcający ku bluesowi. Dalej jednak robi się ciężej, choć niestety już nie tak ciekawie, refren też raptem poprawny. Nie jest to wprawdzie numer słaby, ale mimo wszystko nieco odstający od poprzedników. Coś z pogranicza bluesa i AOR-u dostaniemy wraz z Darling. Tutaj pozdrawia nas stylistyka znana przede wszystkim z solowej twórczości Tommy'ego Denandera, czy jego grupy Radioactive. Piosenka dobrze sprawdzi się w dni deszczowe, lub późną wieczorową porą. Ba, kolejne Lost Boy to już w ogóle AOR czystej próby. Trudno tu wskazać podobieństwa do jakiejś konkretnej formacji, bo podobnie grających były już setki. Tak czy inaczej, fani tego gatunku będą wniebowzięci. Jest melodyjnie, ale i szybko, niemal przy okazji prawie rock'n'rollowo. Do mnie jednak trafia lepiej Fly Away, które nawiązuje do stylistyki, jaką Impera zaprezentowała na początku krążka. Soczysty hard rock, gitary z ostrzejszym pazurem, a do tego specyficzne kołysanie. No i bardziej wirtuozyjna, niebanalna solówka Denandera jako taki mini-majstersztyk. Kończące krążek Never Enough to propozycja dla miłośników Bon Jovi, 91 Suite i dokonań Joe Lynn Turnera. Jest bardzo melodyjnie i chwytliwie, niby są przesterowane gitary, ale sąsiadki chyba też o zawał nie da się przyprawić (no, chyba że usłyszy solówkę ;)).

Płytę można właściwie podzielić na dwie części. Pierwsza połowa zdominowana jest głównie przez kompozycje hard rockowe z lekką domieszką heavy metalu, w drugiej połówce kryją się nagrania łagodniejsze, nawet AOR-owe. Na całym krążku na brak melodii narzekać nie można. W zestawie 11 ścieżek dostajemy dziesięć utworów bardzo dobrych i jeden "zaledwie dobry", co jest wynikiem jak najbardziej pozytywnym. Początek 2015 r. i tak solidy album na powitanie. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.impera.org