GUITARRIZER
Po grunge'owej katastrofie, która wymiotła z muzycznego rynku większość zespołów hard rockowych, nastały z kolei czasy alternatywy, brooklyńskiego hard core i nu-metalu. Oczywiście sytuacja ta nie sprzyja wydawnictwom z większą dawką melodii. Cóż począć, trzeba bardziej się postarać i poszukać sobie odpowiedniej muzy, gdzie tylko się da. Kilka niezłych rzeczy by się znalazło, więc może nie jest jeszcze tak źle. Oto moje typy do tytułu płyty roku 1997:

1. Symphony X - The Divine Wings Of Tragedy
Po nagraniu dwóch poprawnych albumów Symphony X w końcu wydało na świat prawdziwe opus magnum progresywnego metalu, które nieprędko się znudzi, o ile w ogóle. Siła tego krążka tkwi w różnorodności kompozycji, mocno technicznym wykonaniu i sporej dawce wpadających w ucho melodii. Zasłużone miejsce na podium wśród najlepszych wydawnictw roku 1997.

2. Fair Warning - Go!
Takich płyt się już nie nagrywa! - ktoś mógłby rzec. A jednak, jest melodyjnie i przebojowo jak na przełomie lat '80 i '90. Gdy szuka się dobrego, melodyjnego hard rocka w stylu mieszanki gdzieś pomiędzy Bonfire a Tyketto, w 1997 r. nie znajdziemy chyba niczego lepszego od trzeciego albumu niemieckiej załogi Fair Warning.

3. Danger Danger - Four The Hard Way
Amerykańscy hard rockowcy z Danger Danger dwa lata wcześniej ulegli modzie na grunge i wydali mroczniejszy krążek. Na "Four The Hard Way" powracają do swojego klasycznego brzmienia, przynajmniej częściowo. Ucieszą ucho takie numery jak "Goin' Goin' Gone" (rewelacja!), "Goin' All the Way", "Sick Little Twisted Mind" czy podchodzące pod Skid Row "Still Kickin'".

4. Yngwie J. Malmsteen - Facing The Animal
Yngwie wyostrzył brzmienie, dzięki czemu całość brzmi ciężej niż jego wydane kilka lat wcześniej płyty, ale spokojnie, fani neoklasycznego grania znów dostali to, co lubią najbardziej. Po album warto sięgnąć chociażby ze względu na takie perły jak "Braveheart" i "My Resurrection". Reszta nagrań może już mniej spektakularna, ale wciąż na poziomie.

5. Royal Hunt - Paradox
W Polsce może mało znani, ale na świecie już cenieni... Duńska załoga pod wodzą klawiszowca André Andersena musiała stworzyć coś równie dobrego jak świetne "Moving Target", które pozostaje jednym z moich muzycznych faworytów z poprzednich lat. Udało się, "Paradox" jest równie dobry choć już ciut inny, bardziej progresywny. Naprawdę dobry rock z wyeksponowanymi klawiszami.

6. HammerFall - Glory To The Brave
Niemal już zapomniałbym, co to znaczy heavy metal na poziomie, gdyby nagle nie pojawił się HammerFall i to jeszcze z tak solidnym materiałem. Grupę doceniłem nie tylko ja, płyta zbiera wszędzie pochwalne recenzje i słusznie. Rycerski metal, honor, walka ze smokiem to z pewnością dobra alternatywa dla niemelodyjnej alternatywy.

7. Brazen Abbot - Bad Religion
Gitarzysta Nikolo Kotzev ze swoim projektem (z kilkoma wokalistami) do porządnego grania przyzwyczaił nas już wcześniej, zatem bez większych niespodzianek i jest to akurat zaleta tego dzieła. Formuła hard rocka w stylu Rainbow nie może być zła i spodoba się wszystkim tym, którzy lubią coś pomiędzy hard rockiem klasycznym a tym melodyjnym z lat '80.

8. Stratovarius - Visions
Po album sięgnąłem za sprawą genialnego kawałka "The Kiss Of Judas" z nadzieją, że reszta materiału będzie równie znakomita i utrzymana w podobnych klimatach. Chociaż pozostałe nagrania są wprawdzie inne, wciąż są zgrabne i warte wysłuchania. Mimo iż power metal to nie do końca moja bajka, płyta naprawdę niezła.

9. Axel Rudi Pell - Magic
Axel miewał już w swej karierze lepsze krążki, ten jest niestety nieco słabszy. Irytują mnie tu często galopujące partie perkusji, moim zdaniem zbędne, jednak na solówki i gitarowe riffy w zasadzie narzekać nie można. O miejscu na niniejszej liście zadecydował ostatecznie kapitalny numer tytułowy.

10. Dream Theater - Falling Into Infinity
Najbardziej znany progmetalowy zespół świata wydał wcześniej dwa monumentalne dzieła, a teraz nieco się pogubił. Nieco mniej melodii, które wpadałyby w ucho, za to słychać rozwój pod kątem perkusji. Nie należy się tym zbytnio przejmować, bo to wciąż dużo ciekawsza pozycja od większości innych wydawnictw z 1997 r.
Do powyższego zestawu można by dorzucić jeszcze kilka innych ciekawych płyt. W kolejności niezobowiązującej byłyby to krążki Frontline (fajny AOR), Grip Inc. (thrash/heavy metal podany w nowoczesnej formie), spokojne Whitesnake, Aerosmith (słabsze od "Get A Grip", ale wciąż strawne), Baton Rouge, Megadeth, Bonfire, Doug Aldrich (coś dla gitarzystów), Kingdom Come, Millennium, Mötley Crüe (inaczej niż zwykle, kontrowersyjnie, ale po kilku odsłuchach może się podobać), Pretty Maids, Marillion, Pink Cream 69, Ten, U.D.O., Y&T.
Były i rozczarowania, zawiedzione nadzieje. Słabe płyty wydały takie załogi jak Fates Warning, Dokken (tutaj wręcz tragedia), Savatage (daleko za swymi klasykami), Metallica (to już druga skucha od czasu świetnego czarnego albumu), TNT (kiedyś melodyjni, a teraz co?), Queensrÿche (wciąż naiwnie czekałem na godnego następcę "Empire") i W.A.S.P. (po co te industrialne eksperymenty?)