
Royal Hunt - Land Of Broken Hearts
Wydawca: Rondel Records / SPV / Steamhammer / Majestic Entertainment
Rok wydania: 1992
- Running Wild
- Easy Rider
- Flight
- Age Gone Wild
- Martial Arts
- One By One
- Heart Of The City
- Land Of Broken Hearts
- Freeway Jam
- Kingdom Dark
- Stranded
- Day In Day Out [bonus track]
- Stranded (acoustic) [japoński bonus track]
- Land Of Broken Hearts (acoustic) [japoński bonus track]
- Age Gone Wild (acoustic) [bonus w edycji z SPV]
Skład: Henrik Brockmann - śpiew, chórki; Jacob Kjaer - gitary; Steen Mogensen - gitara basowa, chórki; André Andersen - instrumenty klawiszowe, gitary; Kenneth Olsen - perkusja
Gościnnie: Henrik Johannessen - gitary w [12]
Produkcja: André Andersen
Nieźle się trzeba nagłówkować, by krótko określić sensownie styl gry wykonywany przez duńską formację Royal Hunt. Na początku lat '90, kiedy wszyscy już żegnali się ze sceną melodyjnego rocka, grupa Mogensena dopiero witała się z publicznością oferując jej symfoniczny melodic metal poskładany z wpływów neoklasycznego hard rocka (zwłaszcza wczesnego Malmsteena), rocka progresywnego (ale w niewielkim tylko stopniu) i power metalu (na szczęście tej mikstury też tylko odrobinę). Na ówczesnej scenie zespół był więc tworem dość unikalnym, a warto dodać, że w podobnym stylu wydaje płyty po dziś dzień.
Land Of Broken Hearts to pozycja debiutancka w dyskografii formacji, ale poznałem ją dopiero niedawno. Royal Hunt był zespołem, który usłyszałem po raz pierwszy dopiero w okolicach roku 1997 i tak się akurat złożyło, że jego płyty trafiały do mnie w porządku niechronologicznym, a jedynka trafiła jako ostatnia. Tak czy inaczej, teraz nic nie stoi już na przeszkodzie, by zacząć recenzować wydawnictwa RH od debiutu. Wstęp do Running Wild wydaje się być zlepkiem dość przypadkowych dźwięków, wśród których ktoś budzi się jakby ze snu i szuka jakiejś muzyki w stacji radiowej. Dalej melodie, jakich nie powstydziłby się Yngwie i refren dorównujący najbardziej chwytliwym śpiewom z lat '80. Henrik Brockmann za mikrofonem spisuje się naprawdę świetnie, chociaż jak chyba większość fanów, preferują głos późniejszego wokalisty DC Coopera, ale fakt faktem, także wypada on lepiej od Johna Westa. Tym, co od razu rzuca się w uszy, jest ogrom klawiszy w aranżacjach, ale to przecież znak firmowy zespołu. Po prostu rolę dyktatora pełni w grupie Andersen, klasycznie kształcony pianista, tutaj przede wszystkim główny kompozytor materiału. Easy Rider to wbrew temu, jak można by się spodziewać, nie jest ostry gitarowy numer z przeznaczeniem na zjazdy miłośników motocykli Harley-Davidson. To raczej typowy dla Royala utwór, jakich wiele będzie jeszcze w jego dyskografii. Znów bardziej klawiszowo, klimatycznie, choć już nie tak przebojowo jak w pierwszej piosence, jest za to znacznie lepsza solówka z ciągotami ku neoklasyce. We Flight zachciało się muzykom naśladować Yngwiego, przez co kawałek brzmi jak wyjęty z jego płyt w czasach, gdy grał tam na klawiszach Jens. Wrażenie to potęguje jeszcze gitarowe solo... Chyba z założenia nie miało to być nic oryginalnego, a po prostu granie w tym samym stylu, tyle że jeszcze bardziej nasycone klawiszami. Czas na coś spokojniejszego i oto mamy bardzo udaną symfoniczną balladę o tytule Age Gone Wild. Jest to granie nieco na wzór niemiecki, ale i doszukać się można pewnych podobieństw do The Unforgiven Metalliki (raptem kilka dźwięków, ale ta sekwencja naprawdę rzuca się w oczy). Za połową kawałka jest nawet wstawka w stylu flamenco, tyle tylko, że brakuje jej jakiegoś środka wyrazu, jest w niej za mało artykulacji, za mało dynamiki. Ten utwór to już zresztą klasyka w repertuarze zespołu. Martial Arts to wypisz wymaluj klimaty jak na malmsteenowej "Odysei" i ta instrumentalna kompozycja mogłaby się spokojnie tam znaleźć. Jest tu dość jednostajny rytm perkusji, gitara sobie pomyka, a wszystko jest solidnie podbarwione klawiszami w stylu neoklasycznym. Symfonicznie i z dużymi nawiązaniami do muzyki poważnej zaczyna się One By One. Odnajduję w nim pewne podobieństwa do jednego z utworów Queensrÿche, także do kawałka o tym samym tytule z repertuaru Honeymoon Suite, ale te wszystkie porównania tyczą się głównie linii wokalnych i sekcji rytmicznej. W sumie nie powala to na kolana, ale jest na tyle składne i zgrabne, że może się podobać. Ostre gitarowe wejście, a potem to już klasyczny power metal w Heart Of The City. Słychać, że chłopaki zasłuchiwali się w młodości Malmsteenem. Za takim graniem specjalnie nie przepadam, nawet u Yngwiego tego typu numery mnie nużyły. Przechodzimy więc do tytułowego Land Of Broken Hearts, które wypada znacznie lepiej. W takim stylu Royal nagra jeszcze kilkadziesiąt kawałków na kolejnych płytach, ale ten jest jednym z najlepszych w ich karierze. Znów jest neoklasycznie, ponownie wiele zapożyczeń od Yngwiego, przy czym na szczególną uwagę zasługują aranżacje instrumentów klawiszowych. Widać, że Andersen bardzo się tu postarał, pewnie dlatego też utwór nadał tytuł całemu albumowi. Freeway Jam jest bardzo wesołą, niemal luzacką instrumentalną kompozycją. Jest tu trochę gitar akustycznych, wpleciono odgłosy z miasta, gitarowa solóweczka wypada interesująco, a klawisze obecne niemal wszędzie rbią doskonałe tło, czasem nawet przejmując rolę głównego instrumentu. Całość bardzo krótka, bo raptem nieco ponad półtorej minuty. Znowu symfonicznie w Kingdom Dark, jednym z moich ulubionych kawałków na tym krążku. Powinienem zaznaczyć to już wcześniej, ale na płycie jest wiele momentów, gdzie Brockmann śpiewa w bardzo zbliżony sposób do Michaela Vescery, którego głos bardzo lubię. Dalej jeszcze jeden numer w stylu Malmsteena z lat '80 - Stranded. To też jeden z klasyków grupy, gdzie pojawiają się charakterystyczne chórki, a brzmienie dąży do jak największej przestrzeni. Nużący jest jednak dość jednostajny rytm perkusji, co w moim mniemaniu zaniża wartość całego utworu. Olsen nie jest złym bębniarzem, ale jakoś wolę w tej roli Sørensena. Moje wydanie płyty zamyka kompozycja zatytułowana Day In Day Out. Ta bonusowa piosenka przywodzi mi na myśl pod względem wokalnym wczesne Europe i Journey, reszta włącznie z solówką jest bardzo malmsteenowa, ale do tego to już przyzwyczailiśmy się przecież przesłuchując poprzednie pozycje na krążku.
Trzeba przyznać, że album broni się po latach i ciężko byłoby powiedzieć, że ustępuje on swym następcom. Wręcz przeciwnie, wiele pomysłów na tej płycie przebija późniejsze dokonania formacji i moim zdaniem jest to jedna z najlepszych płyt Royal Hunt. Jedyną wadą albumu jest to, że jest on dość jednostajny, wszystkie kompozycje są do siebie dość podobne, ale z drugiej strony, jak ktoś zagustuje w tego typu stylistyce, spodobają mu się wszystkie utwory. Warto czasem posłuchać, warto posiadać w swej kolekcji.
Oficjalna strona zespołu: www.royalhunt.com