
Bon Jovi - The Circle
Wydawca: Island Records / Universal Music / Mercury Records
Rok wydania: 2009
- We Weren't Born To Follow
- When We Were Beautiful
- Work For The Working Man
- Superman Tonight
- Bullet
- Thorn In My Side
- Live Before You Die
- Brokenpromiseland
- Love's The Only Rule
- Fast Cars
- Happy Now
- Learn To Love
Skład: Jon Bon Jovi - śpiew; Richie Sambora - gitary, chórki; Tico Torres - perkusja i instrumenty perkusyjne; David Bryan - instrumenty klawiszowe, pianino; Hugh McDonald - gitara basowa
Gościnnie: Charlie Judge - dodatkowe partie instrumentów klawiszowych i smyczkowych
Produkcja: John Shanks, Jon Bon Jovi i Richie Sambora
Kilka ostatnich wydawnictw Bon Jovi nie było najwyższych lotów. Oczywiście zagorzali fani chłopaków z New Jersey mogą być innego zdania, ale nie zmienia to faktu, że cztery poprzednie płyty nie były ani odkrywcze, ani żywiołowe. Na szczęście jedna z najbardziej znanych kapel na świecie poszła po rozum do głowy i wydała coś, co może spodobać się sympatykom klasycznych nagrań grupy. The Circle arcydziełem może nie jest, ale bije na głowę Crush, Bounce, Have A Nice Day, a nawet Lost Highway.
W zasadzie pomysł na przebój jest dość prosty, o ile ma się doświadczenie w komponowaniu hitów, a przecież Bon Jovi miało już w swojej karierze wiele przebojowych piosenek. Ułożenie hitu w postaci We Weren't Born To Follow nie mogło być więc trudne, zwłaszcza że sposób wyśpiewywania przez Jona refrenów cholernie bliski jest pamiętnemu Born To Be My Baby. Toż to niemal ta sama melodia, ale liczę to ekipie na plus, bo wzbudza pewne nostalgie za najlepszymi latami kariery tego zespołu. Dodać muszę, że brzmienie nie jest tak ostre, jak za czasów New Jersey, raczej kontynuuje drogę obraną na poprzednich albumach, lecz w głosie wokalisty słychać jakby więcej zaangażowania, więcej mocy, a Sambora gra tu nawet całkiem przyzwoitą solówkę. Jak widać, kiedy są chęci i zapał, to można. Wybrane na jeden z singli When We Were Beautiful nie bardzo mnie jakoś przekonuje (może poza solówką), chociaż piękniejsza część grona słuchaczy może być utworem oczarowana. Numer bardzo wolny, nastrojowy, coś jak wolniejsze kawałki U2, ale to jeszcze nie wada, bardziej drażnią mnie tu przyśpiewki typu "Sha la la, sha la la, sha la la hey". Czy to nie infantylne, by faceci grubo po czterdziestce wyśpiewywali takie banialuki? Spodobać się może natomiast Work For The Working Man, gdyż grupa znów sięga po sprawdzone wzorce. Wystarczy wsłuchać się w wyeksponowane tutaj linie gitary basowej, by dostrzec podobieństwa do takich niegdysiejszych hitów jak Livin' On A Prayer czy You Give Love A Bad Name. Z pewnością jest to ukłon w stronę starych fanów, ale z racji łagodniejszego brzmienia zapewne i próba przypodobania się innej grupie słuchaczy, np. gospodyniom domowym ;). Miłym dla ucha nagraniem jest Superman Tonight. To taka rockowa pół-ballada, z jakich formacja Jona słynie od wieków. Fajnie się tego słucha podczas nie za szybkiej jazdy samochodem, mimo rockowego charakteru piosenki trafi też ona w gust miłośników country. Zresztą wszelkie tłumaczenia są zbędne, kto zna twórczość Bon Jovi, od razu będzie wiedział, co mam na myśli. Kolejne deja vu nadchodzi wraz z Bullet. Kilka pierwszych dźwięków utworu nieodparcie kojarzy się brzmieniowo z początkiem słynnego It's My Life, chociaż potem rytmy zdają się biec w kierunku tego, co kapela prezentowała w przeboju Keep The Faith. Sam kawałek bardzo mi się podoba, choć po raz kolejny mam tu zastrzeżenia co do głupawych wstawek w teksty. Tym razem chodzi o bzdury typu "yeah, yeah". Jak można czymś takim dosłownie zmasakrować całkiem dobrą kompozycję? Nagrań takich jak Thorn In My Side zespół naprodukował na pęczki i kopy, zatem numer ten nikogo niczym zaskoczy, niemniej jednak miło się go słucha. Średnie tempo, ciepłe brzmienie gitar i ciepły głos wokalisty, plus nieco mocniej akcentowane momenty, to też sprawdzony sposób na hit. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby wypuszczono to na singlu i gdyby stacje radiowe z miejsca pokochały tę piosenkę. Live Before You Die, jeszcze jedna ballada w repertuarze Bon Jovi, jeszcze jedna zmajstrowana według sprawdzonej receptury. Płeć piękna z miejsca będzie oczarowana, kto wie, może nastoletnie fanki znów będą wieszały plakaty Jona nad swoimi łóżkami... Cokolwiek by na ten temat nie powiedzieć, nie da się ukryć, że kawałek jest bardzo chwytliwy. Wstęp do Brokenpromiseland mógłby zdradzać kolejną balladę. Jest to dość spokojna, pop-rockowa kompozycja, w jakich zespół się wyspecjalizował. Muzycy trzymają się wypróbowanego schematu, który sprawdza się za każdym razem - utwór może genialny przez to nie jest, ale też nie można powiedzieć o nim, by był jakimś gniotem, ot, udana kompozycja i tyle. Łagodnie i niemal popowo będzie w Love's The Only Rule, ale nawet taka maruda jak ja nie może zakwestionować, że to całkiem niezły numer, choć mało rockowy. I tutaj chyba najłatwiej zrozumieć, dlaczego sprzedaż krążków Bon Jovi zawsze idzie w miliony, a niemal każdy singiel wędruje na listy przebojów. Po prostu grupa celuje w bardzo szeroką publiczność, jej płyty kupują fani rocka, popu, country i nie wiadomo, kto jeszcze. Fast Cars uszu nie pokaleczy, ale jak dla mnie jest to typowy wypełniacz. Zachwycać nie zachwyca, entuzjazmu nie wzbudza, no i wbrew tytułowi do szaleńczo szybkiej jazdy samochodem też się nie nadaje. Że nie wspomnę o kolejnych samookaleczeniach, czyli nieśmiertelnym "Sha La Sha La". Nic specjalnego nie otrzymamy wraz z Happy Now, chociaż fani kapeli łatwo strawią ten kawałek. Podobnych do niego Jon i spółka nagrali już co najmniej kilkanaście i wciąż nie mają dość. Pytanie brzmi, ile razy można sprzedać słuchaczom to samo? Ale OK, piosenki miło się słucha i chyba o to chodzi. Jeśli komuś mało jeszcze ballad, to ucieszy go zamieszczona na końcu płyty Learn To Love, choć uprzedzam, że nie jest to nic na miarę Always czy Livin' In Sin, a raczej coś na wzór późniejszych dokonań kapeli. Kobietom się spodoba z pewnością, pod tym względem płeć piękna nie jest aż taka wymagająca.
Gdyby ten album wyszedł od razu po These Days, to chyba nigdy nie powiedziałbym złego słowa na Bon Jovi. O jakimś wielkim powrocie do grania w starym stylu jeszcze nie może być mowy, ale słychać, że grupa przypomniała sobie o swoich starych fanach z czasów New Jersey, Keep The Faith i These Days, może nawet po części Slippery When Wet, wciąż jednak hołubiąc słuchaczy zdobytych za połową lat '90. W zasadzie krążek naprawdę udany i posłuchać go warto.
Oficjalna strona zespołu www.bonjovi.com