Sanctuary - The Year The Sun Died

Sanctuary - The Year The Sun Died

Wydawca: Century Media Records
Rok wydania: 2014

  1. Arise And Purify
  2. Let The Serpent Follow Me
  3. Exitium (Anthem Of The Living)
  4. Question Existence Fading
  5. I Am Low
  6. Frozen
  7. One Final Day (Sworn To Believe)
  8. The World Is Wired
  9. The Dying Age
  10. Ad Vitam Aeternam (instrumental)
  11. The Year The Sun Died
  12. Waiting For The Sun (The Doors cover) [bonus track]

Skład: Warrel Dane - śpiew; Lenny Rutledge - gitary; Brad Hull - gitary; Jim Sheppard - gitara basowa; Dave Budbill - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Chris "Zeuss" Harris

Rzadko recenzuję pozycje z kręgu thrash metalu, ale tym razem trafiła się okazja nie lada, bo oto powróciła kapela, której płyty kręciły się niegdyś w moim odtwarzaczu tysiące razy. Sanctuary w niemal oryginalnym składzie powróciło kilka lat temu, wprawdzie na potrzeby koncertowe, choć wokalista Warrel Dane zapowiadał nowy materiał już w 2010 r. Oto w końcu jest, The Year The Sun Died.

Ilekroć mowa o powrotach, zawsze napawa mnie lek, że powracająca grupa zniszczy swoją legendę (znam wiele takich przypadków), tym bardziej gdy jej nowemu wynurzeniu towarzyszy jakaś zmiana składu, a "nowe" Sanctuary akurat materiał zarejestrowało bez dawnego gitarzysty Seana Blosla. Z drugiej strony, nie brakowało też nigdy powrotów zacnych, także wiele zespołów thrashowych gra dziś na odpowiednio wysokim poziomie, by wymienić choćby z ostatnich kilku lat dzieła Overkill, Testament, Megadeth czy Kreatora. Jak to jest z chłopakami ze Seattle? Z góry było wiadomo, że od The Year The Sun Died nie powinno się oczekiwać, iż będzie to w prostej linii kontynuacja uwielbianego przeze mnie Into The Mirror Black. Nie te czasy, wszystko poszło do przodu, tak więc słusznie spodziewałem się czegoś bliższego twórczości Nevermore, w której było nie było, panowie Dane i Sheppard przezimowali ostatnie piętnastolecie. Słychać to już w otwierającym płytę numerze Arise And Purify. Dobre, selektywne brzmienie instrumentów stosowne do dzisiejszych czasów, natomiast sama muzyka z riffami raczej jak od Nevermore, choć są jednak i pewne podobieństwa do dawnego Sanctuary. Ciekawie swoje bębny aranżuje Dave Budbill, a zespół nie zapomniał, że czasem trzeba zwolnić tempo. Czego brakuje? Wysokich tonów Warrela i... chyba tych dłuższych wstępów do niemal każdego utworu, z których słynęło Sanctuary. Tak czy inaczej, kompozycja cholernie dobra i trzeba by być naprawdę wrednym fiutem, by się tu czegoś czepiać. Let The Serpent Follow Me to coś, czego grupa ta raczej nigdy nie popełniłaby gdzieś na początku lat '90. Zdecydowanie czuć tu wpływ stylu gry Loomisa. Ciężkie riffy i specyficzne flażolety. Thrash dużo bardziej bezkompromisowy niż w jego klasycznej epoce, gdy na ramonezki zakładało się katany, a na nogach miało białe, sportowe obuwie z dużymi, wystającymi jezykami. Technicznie bez zarzutu, każdy dźwięk odegrany z najwyższą precyzją i stąd mój szacunek dla tej kapeli. Kolejna pozycja z zestawu, czyli Exitium (Anthem Of The Living), już coś nie bardzo trafia w mój gust. Pierwsze dwie minuty potrafią wynudzić, na szczęście dalej jest znacznie lepiej. Klimaty skręcają w takie ciężej zagrane, klasyczne Queensrÿche. Dzięki Question Existence Fading Sanctuary ma szansę uplasować się w pierwszej lidze tradycyjnego thrash metalu. Tutaj mamy coś pomiędzy Overkillem epoki Horrorscope a Sacred Reich i ich The American Way, tylko wokale idą w nieco innym kierunku. Do tego wrażenie robi świetne brzmienie, obecne zresztą na całym krążku. W I Am Low można doszukać się pewnych podobieństw do płyty Refuge Denied, co może być plusem. Głos Warrela zmienił się wprawdzie od tamtych czasów, ale nie na tyle, by nie rozpoznać jego charakterystycznego stylu frazowania. Cóż mogę powiedzieć o Frozen? Thrash metal klasycznie łupany. Nic odkrywczego, za to niewielkim kosztem zyskana satysfakcja fanów gatunku. One Final Day (Sworn To Believe) rozpoczyna się od partii gitar akustycznych, które brzmieniem i układem nut mogłyby sugerować, że to jakieś nawiązania do pewnego klasyka Metalliki z czasów "Mastera...". Cały numer jest w sumie raczej krótką, nieco ponad trzyminutową balladą. Wokalista śpiewa tu nieco innym głosem niż wcześniej. Po thrashowym łojeniu fajnie usłyszeć coś takiego. The World Is Wired spodobało mi się od razu, może dlatego, że lubię, jak perkusista gra w taki sposób na dwie stopy (serie atakiem po około sześć szybkich uderzeń, a potem krótka pauza). Do tego dobre brzmienie, odrobina melodyki i znów sukces. W połowie nagrania sporo nawiązań do "dawnego" Sanctuary, a więc plus kolejny. Na kolejnej pozycji kręci się The Dying Age. Tutaj mam pewne skojarzenia z... Alice In Chains, choć wszystko okraszone jest dodatkowo melodyjnymi, niemal hard rockowymi wokalami. Kawałek ma coś w sobie, że wciąga. Ad Vitam Aeternam to półtorejminutowy przerywnik w formie instrumentalnej ballady. Znów gitary akustyczne dochodzą do głosu i można to potraktować jako wstęp do tytułowej ścieżki The Year The Sun Died, która zaczyna się podobnie. Tytułowy kawałek jest wolny, tajemniczy i stylistycznie jest czymś w rodzaju hołdu klasycznemu Black Sabbath. Album zamyka dość wierny oryginałowi cover The Doors o tytule Waiting For The Sun. Główna różnica tkwi w brzmieniu nagrania, które siłą rzeczy jest bardziej współczesne oraz w głosie wokalistów. Przeróbka udana i wciągająca.

Tak więc, jaką płytą jest The Year The Sun Died? Na pewno udaną, z pewnością też godną uwagi z wielu względów, by wspomnieć choćby brzmienie i precyzję wykonania. To taka mieszanka stylów Nevermore z dawnym Sanctuary, tyle że jednak z przewagą tego pierwszego, ale za to z kolei z większą dozą grania melodyjnego. Oczywiście fani obu wspomnianych grup powinni po nią sięgnąć, fani thrashu też, bo tego roku to jedna z najlepszych pozycji w tym gatunku.

Brak oficjalnej strony zespołu