Lypswitch - 30 Years

Lypswitch - 30 Years

Wydawca: World of Sin Music
Rok wydania: 2018

  1. World Of Sin
  2. American Song
  3. Somewhere Someplace
  4. Rock 'n' Roll Ain't Pretty
  5. Watch Me Live
  6. Domination
  7. Thirst
  8. Carry Me Away
  9. Rattlesnake Skin
  10. Sexx On The Sun
  11. Razorblade Slide
  12. Kiss In The Dark
  13. Psychedelic
  14. Dave's Song

Skład: Danny Whaley - śpiew; Kevin "Mick" O’Brien - gitary; David Love - gitara basowa; Kevin "KA" Agosta - perkusja
Gościnnie: Joe Lesté - śpiew w [3]

Produkcja: Curt Lorraine, Mick O’Brien [1-8], Dino Papanicolaou [10-14], Alex Woltman i Elliot Soloman [9]

Końcówka lat '80 ubiegłego wieku, na hollywoodzkim Sunset Strip rządzi melodyjny hard rock. Wiele młodych kapel przybywa tu, by pokazać, co potrafią. Jedną z nich jest pochodzące z Orlando Lypswitch. Zjawiają się w 1988 r. i w ciągu kolejnych 3 lat grają ponad 100 koncertów w legendarnych klubach jak Whisky a Go Go, Gazzarri's, FM Station, The Roxy Theatre. Co wydaje się pewne, mają podpisać kontrakt z MCA Records, do czego jednak z dość błahych powodów nie dochodzi. Na debiutancki krążek trzeba czekać 30 lat. W końcu jest.

Na płytę składa się 6 utworów zarejestrowanych jeszcze w latach '80, 5 ścieżek to ponownie nagrane w 2018 r. starsze kawałki, całość uzupełniają 3 nowe kompozycje. Album otwiera dynamiczny rocker World Of Sin i od razu słychać, że jedną z głównych inspiracji chłopaków jest Mötley Crüe. Nikt tu nie bawi się w klawisze, mamy czysty rock'n'roll, oparty o przesterowane brzmienia gitar, silną sekcję rytmiczną i energetyczne, wykrzykiwane wokale. Jest i niczego sobie solówka. Z pewnością kawałek dobrze sprawdzi się jako otwieracz na koncercie. Energii nie tracimy wraz z kolejnym American Song, który opiera się na chwytliwym riffie. Dzięki niemu numer nieźle buja i po kilku odsłuchach, mimo jego prostoty, muszę stwierdzić, że to jeden z moich faworytów w zestawie. Nawet mimo faktu, iż jego inspiracje zdają się pochodzić od niezbyt lubianych przeze mnie Poison czy Pretty Boy Floyd. Somewhere Someplace też posiada glamowo-sleaze'owy klimat typowy dla tamtej epoki, a przy okazji pojawia się tu gościnnie Joe Lesté z Bang Tango. Druga połowa kawałka wypada lepiej niż początek. Bardzo interesująco robi się w Rock 'n' Roll Ain't Pretty. Można by powiedzieć, że gra już zupełnie inny zespół. Jest wolniej, ciekawie chodzi bas, pojawiają się czyste gitary, gardłowy zmienia głos. Na pozycji piątej uplasowano ścieżkę Watch Me Live. Pod pewnymi względami przywodzi mi na myśl Skid Row z czasów ich drugiego krążka. Najlepszy moment to gitarowa solówka i jej okolice. Niestety nie przypadł mi do gustu Domination. Za mało melodii, mało ciekawe zagrywki, wszystko jakby zagrane na siłę. Coś czuję, że przy kolejnych odsłuchach będę traktował go "skipem". Lepiej jest w Thirst, mimo iż mroczniejszy klimat nie opuszcza również jego. Najlepiej jest w okolicach solówki, choć szkoda, że jest taka krótka. Na płycie nie mogło zabraknąć ballady i oto jest w postaci Carry Me Away. Jej główną zaletą jest to, że nie przypomina typowych słodkich pościelówek często spotykanych w gatunku. Jest miła dla ucha, ale przy okazji zmusza do zadumy. Dodam, że to akurat jedna z nowych kompozycji - pochodzi z 2018 r. Rattlesnake Skin to prawdopodobnie najbardziej znany kawałek Lypswitch. Znajdował się już na taśmie demo przedstawionej MCA Records. Grupa dorzuca w nim do pieca, numer znów jest rozbujany, rock'n'rollowy, a teksty traktują o młodocianym przestępcy. Mój ulubiony moment to oczywiście gitarowa solówka. Kolejne Sexx On The Sun przypomina mi zespół Cats In Boots oraz oczywiście Mötleyów, na których ci pierwsi też się zresztą wzorowali. Jest i coś z party rockowego Poison. Na brak zabawy narzekać nie można. Razorblade Slide to jeden z moich ulubionych kawałków w tym zestawie. Poza świetnymi partiami gitar na uwagę zasługuje bardzo dobra praca sekcji rytmicznej. Za takie utwory kochamy scenę LA! Należy dodać, że melodyjny hard rock to nie jedyna specjalność zespołu, chłopaki potrafią wplatać zgrabnie do swojej muzyki i inne gatunki, co słychać choćby w funkującym Kiss In The Dark (kapitalnie pulsujący bas i nie tylko). Nie wiem czemu, ale nagranie przywodzi mi na myśl ekipę WildSide, która zasłynęła w podobnym okresie, a którą też lubię. Psychedelic startuje z rozpędem godnym Iron Maiden - te charakterystyczne galopady były u nich dość częste. Tutaj całość oczywiście w bardziej glamowej oprawie. Numer cholernie dobry, ale solówka jeszcze lepsza. Album zamyka monumentalna, instrumentalna ballada poświęcona Dave'owi Brandaniemu. W ponad 6-minutowym Dave's Song sporo się dzieje, są klawiszowe wstawki, delikatne czyste gitary, czasem i cięższe przesterowane oraz przejmujące solówki. Piękna piosenka, która oddaje wszystko bez słów i zarazem genialne zakończenie tego krążka.

Tak więc mamy bardzo udane dzieło dobrze oddające ducha epoki i cały ten klimat końca lat '80 i początku '90. Materiał jest urozmaicony, nawet mimo faktu iż mało oryginalny (kogo to obchodzi?!). W zestawie 14 utworów znalazły się raptem dwa słabsze, reszta prawie genialna lub co najmniej gwarantuje dobrą zabawę. Panie i Panowie, ta grupa była żywą częścią sceny Los Angeles. Lypswitch nie zdołało wtedy wydać tego albumu, ale za to możemy się nim cieszyć TERAZ. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.lypswitch.com